niedziela, 3 listopada 2013

Biblioteka domowa profesora Henryka Markiewicza

Zaniedbałam strasznie Literacki Zakątek, co nie znaczy jednak, że nie czytam. Czytam i to całkiem sporo, jedynie głowy brak do pisania nowych recenzji, które w moim przypadku wymagają wielkiego skupienia. Obiecałam sobie jednak,że wezmę się w końcu w garść i zacznę pisać. Jak zwykle w moim przypadku posty pojawiają się bardzo spontanicznie i tak jest w tym przypadku. Podczas ostatniego pobytu w bibliotece uniwersyteckiej, przeczytałam w Internecie, że zmarł profesor Henryk Markiewicz . Posiadam jego podręcznik Pozytywizm, z którego zresztą bardzo często korzystam. W wywiadzie, który pojawił się wraz z informacją o śmierci , była mowa o książce profesora "Mój życiorys polonistyczny z historią w tle", uzupełniony wywiadem, który przeprowadziła Barbara N. Łopieńska. Od razu zamówiłam książkę z magazynu i za pół godziny miałam ją w rękach. Skoro pojawiło się nazwisko Łopieńskiej, miałam nadzieję, że został poruszony temat domowej biblioteki profesora.
Czytelnicy Literackiego Zakątka wiedzą, że temat bibliotek domowych jest mi niezwykle bliski, dlatego musiała się pojawić notka o księgozbiorze profesora, który jak się okazało jest największym domowym księgozbiorem w Polsce, liczy bowiem 40 tys. książek! 


Profesor Henryk Markiewicz to niezwykła postać polskiej polonistyki. Już jako 13 - letnie dziecko pisał eseje z zakresu historii  i teorii literatury. W zasadzie z kolegami nie bardzo miał o czym rozmawiać. Jako dziesięciolatek napisał na osiemdziesiąt stron papieru kancelaryjnego dzieje powstania listopadowego. Czytał wszystko, co w tamtym okresie z historii i literatury było dostępne. W czasie wojny uciekł do Lwowa, później został wywieziony do ZSRR. Nie mając matury został przyjęty na Uniwersytet Jagielloński, gdzie od razu zaczął się wyróżniać. Niezwykła jest anegdota, kiedy profesor nie chciał podejść do egzaminu magisterskiego, ponieważ nie czuł się dostatecznie przygotowany. Zaproszony został wtedy na luźną rozmowę z innymi profesorami, która potem okazała się egzaminem magisterskim. Dano mu także wybór, która z napisanych przez niego prac miała być pracą magisterską. Profesor pisał dużo i na wiele tematów. Specjalizował się w literaturze pozytywizmu, a szczególnie ukochał sobie Lalkę Bolesława Prusa. Był uznanym na całym świecie badaczem literatury. Jedna z anegdot mówi, jak podczas wyjazdu zagranicznego udało mu się dostać na jeden z wykładów znanego uczonego, a tam akurat omawiano jego esej. Jak sam mawiał nie przepadał za wyjazdami, bo nie miał głowy do języków, podczas gdy czytał w angielskim, niemieckim, francuskim i łacinie...Niezwykła to postać, wielki intelektualista, człowiek dla którego literatura i nauka stanowiły sens życia.


Od czasów studiów profesor Markiewicz gromadził swoją domową bibliotekę. Posiadał książki z interesujących go dziedzin, wydania encyklopedyczne, słownikowe, teoria literatury, pamiętniki, biografie. Zajmowały one całe mieszkanie. Średnio w miesiącu kupował około 20-30 książek. I oczywiście żadnych nie wyrzucał, nie przepadał też za pożyczaniem, a jeśli już to prowadził dokładne zapiski komu i nie miał oporów przed upominaniem się. Nie miał też w zwyczaju zaginać rogów i pisać po książkach. 

Profesor zgromadził 40 tysięcy książek i jeszcze za swego życia zadbał o los swojej biblioteki. Postanowił sprzedać swoje zbiory. Wszystko  trafiło do Szczecina, do Książnicy Pomorskiej. Ich wartość wyceniono na 800 tyś. zł. Dla krakowskiego środowiska humanistycznego to cios, biblioteka straciła szansę na unikatowy księgozbiór, ponieważ nie posiada ona wielu tytułów, które posiadał profesor.Księgozbiór liczy sobie 80 lat, posiada wiele pierwodruków, część książek posiada rękopiśmienne dedykacje autorskie, a także zapiski prowieniencyjne. 

Nie będę zdradzać wszystkich szczegółów z książki, warto bowiem przeczytać "Mój życiorys polonistyczny z historią w tle". Anegdot nie brakuje, ale też bardzo mądrych rad dla młodych badaczy literatury np. Nie jesteś Tomaszem Mannem; nie łudź się, że czytelnik będzie miał czas i cierpliwość do twoich dłużyzn. Kolejna: Nie bądź leniwy i nie wyręczaj się cytatami.

czwartek, 1 sierpnia 2013

Z wizytą w Rosji i wakacyjne lektury

Rosja intryguje mnie od dawna. Na mojej liście podróżniczych celów od wielu lat znajduje się Petersburg, a w sferze marzeń pozostaje podróż koleją transsyberyjską. Dlatego z wielką ciekawością sięgnęłam po książkę Macieja Jastrzębskiego "Matrioszka Rosja i Jastrząb". Autor jest dziennikarzem radiowej Trójki i wieloletnim korespondentem Informacyjnej Agencji Radiowej Polskiego Radia.


Cały zamysł książki oparty jest na tytułowej matrioszce. Zaczynamy od całkiem ogólnego opisu Rosji, a następnie  odkrywamy kolejne "baby" i kolejne, zagłębiając się w coraz to bardziej szczegółowe historie opowiedziane przez samych mieszkańców Moskwy. Jeden wątek staje się pretekstem do następnej historii, którą autor solidnie popiera wiadomościami o współczesnej, jak i dawnej Rosji. Przybliża nam rządy Jelcyna, Putina, Miedwiediewa i znowu Putina:-). Razem z nim odwiedzamy najbogatsze dzielnice miasta, ale i świat ulicznych artystów. Czytamy o fortunie Chodorkowskiego, o Polakach mieszkających w Rosji, aż dochodzimy do świata legend i baśni. 

źródło
 To co jest niezwykłe w tej książce, to przede wszystkim bohaterowie. Snują oni opowieści, a my razem z nimi zagłębiamy się w ten rosyjski świat. Moim ulubieńcem jest zdecydowanie Wujek Borka, dzięki któremu poznajemy tajemnice Kremla. Kreml to w ogóle obiekt, który budzi najwięcej emocji i wiele kontrowersji. Podobno kryją się w nim tajemne podziemne przejścia, ale do dziś nie jest to potwierdzone.

źródło
Rosja to kraj, którego nie można jednoznacznie zdefiniować, tak jak pewnie nie da się jej dobrze poznać. Motto książki brzmi: Rosji nie da się ogarnąć rozumem - w Rosję trzeba wierzyć. I myślę, że tej wiary mieszkańcom nie brakuje. Nie da się poznać Rosji na odległość, trzeba tam być i z tym miastem się zaprzyjaźnić, co nie jest łatwe. Książka mogłaby mieć kolejne 200 stron i to byłoby mało. Dlatego cieszą takie publikacje jak ta.

Maciej Jastrzębski swobodnie posługuje się językiem. Książkę czyta się jak powieść.  To co jest jej  wadą, jest też jej zaletą. Autor podaje nam na tacy wiele faktów, które po prostu możemy przeczytać w Wikipedii lub w każdej innej encyklopedii. Czytając, myślałam sobie, że nie tego oczekiwałam. Z drugiej strony książka ta gruntownie systematyzuje wiedzę. Historia opowiedziana przez jednego z rozmówców staje się pretekstem do dokładnej analizy, choć jak wspomniałam powyżej Rosji nie da się poznać...Książka warta przeczytania!

Polecam również wspomnienie Ernesta Zozunia, korespondenta Polskiego Radia w Moskwie w latach 2006- 2007 zamieszczone na końcu książki. 

Maciej Jastrzębski
Matrioszka Rosja i Jastrząb
wyd. editio

------------------------

A ja tymczasem kompletuję książki na wakacyjny wyjazd. Ponieważ będziemy poruszać się własnym samochodem, zabieram dwie pozycje w formie papierowej. Nie miałam problemu z wyborem lektur. Swój urlop będę spędzać na jednej z wysp Adriatyku, to i książki są bardzo wyspiarskie.

Pierwsza to "Światło między oceanami" M. L. Stedman. 


Druga to "Dostatek" Michael Crummey. 


Akcja obu dzieje się na wyspie i pewnie klimatem zdecydowanie będą odbiegać od moich wakacji, to specjalnie czekałam z lekturą obu na wakacyjny czas. Myślę też intensywnie co zabrać ze sobą na Kindla, może macie jakieś propozycje?

poniedziałek, 15 lipca 2013

Książki i ludzie

Choć obiecywałam Wam w ostatnim poście literacką podróż do Rosji, to nieoczekiwanie zabieram Was w świat książek i niezwykłych ludzi. Jak już kiedyś pisałam, będąc u kogoś w domu, mój wzrok od razu kieruje się w stronę książek i biblioteczek. Niestety...coraz rzadziej widuję domowe księgozbiory, choć to temat pewnie na osobną notkę. Dlatego z przyjemnością oglądam  filmiki (klik), w których np.  pisarze pokazują swoje biblioteczki, bowiem są to niesamowite zbiory i wiele mówią o właścicielu. Uwielbiam czytać też książki o książkach. Już dawno chciałam przeczytać rozmowy Barbary N. Łopieńskiej "Książki i ludzie" ze  znakomitymi osobami. Nie mogłam jednak nigdzie tej książki dostać, aż w końcu dziś w Bibliotece Uniwersyteckiej przypadkiem na nią natrafiłam, a potem całe popołudnie czytałam i nie mogłam się oderwać, aż skończyłam. Wśród rozmówców znaleźli się: Maria Janion, Jerzy Turowicz i Anna Turowiczowa, Gustaw Holubek, Paweł Hertz, Janusz Tazbir, Zygmunt Kubiak, Ryszard Kapuściński, Hanna Krall i wielu innych. 
(Notkę będę pisać w czasie teraźniejszym, choć niektórzy z nich już nie żyją.)

Maria Janion - źródło
Cudowne opowieści o ukochanych książkach, o sposobach nabywania książek, o dedykacjach, po prostu o życiu wśród nich. Bo mam wrażenie,że to pokolenie, często przedwojenne po prostu żyje z książką. Stanowi ona ich chleb powszedni, a przecież chleba się nie wyrzuca, podobnie jak książek. Chociaż Andrzej Osęka przyznaje, że zdarza mu się książki palić, jeśli są kiepskie. Znalazłam usprawiedliwienie dla swojej pasji zbierania książek i braku umiejętności pozbywania się ich, jak profesor Maria Janion i Jerzy Turowicz. 

Jerzy Turowicz - źródło
To właśnie wywiady z tymi dwoma osobami najbardziej mnie zaciekawiły. Przy Pani Profesor wielokrotnie uśmiech pojawiał się na mojej twarzy. U niej w domu książki są wszędzie i zrezygnowana oddała już nawet odkurzacz, bo nie było możliwości jego użycia. Jerzy Turowicz zaś po jednej stronie korytarza ma stosy wycinków z gazet, a po drugiej stosy gazet i dopiero pomiędzy można  przejść. Podobnie jak prof. Janion, zaprzestał wraz z żoną odkurzania. 

Praktycznie wszystkich rozmówców łączy niechęć do pożyczania książek. Jedynie Irena Szymańska jak sama mówi:
"Nie ma dla mnie większej przyjemności niż pożyczanie ludziom książek", na co jej mąż Ryszard Matuszewski odpowiada: "A dla mnie nie ma gorszej przykrości". Ta rozbieżność powoduje oczywiście  wiele konfliktów. Profesor Władysław Jerzy Kunicki- Goldfinger zaś bardzo chętnie pożycza i jedynie nie byłby w stanie nikomu pożyczyć książeczki PKO. 

Ryszard Matuszewski w swoim mieszkaniu - źródło






Niektórzy z rozmówców traktują swoje biblioteki jako warsztat pracy, który musi żyć, jak np. Ryszard Kapuściński. 
 
Ryszard Kapuściński  w swoim gabinecie - źródło
                                 
Przez wszystkie wywiady w zasadzie przewijają się te same nazwiska pisarzy i poetów, których czytają  bądź czytali rozmówcy. Praktycznie każdy, bez względu na zainteresowania wymienia Prousta, Manna i Miłosza. Bardzo ważny jest dla nich również "Pan Tadeusz". Ich oczytanie jest imponujące. Ze swoich dziedzin zgromadzili praktycznie wszystko co się da. Pracując nie muszą korzystać z bibliotek, wystarczy ze sięgną na swoją półkę.Nie korzystają z komputerów, piszą odręcznie. Z tego powodu ich  biblioteki są pełne słowników, encyklopedii i wszelkich kompendiów wiedzy. Zastanawiam się, czy dziś można jeszcze pracować bez Internetu i Wikipedii?  

Niektórzy przyznają, że nie przeczytali wszystkiego co posiadają, chociaż wspomniana Irena Szymańska mówi:
"Od czasu kiedy przestraszyłam się, że umrę, a leżąc jeszcze na łożu śmierci zobaczę na swojej półce jakąś nieprzeczytaną książkę, czytam nawet wtedy, kiedy nie mam ochoty, po to ,żeby właśnie była przeczytana"

Ucieszyłam się czytając wywiady, że praktycznie wszyscy czytają kryminały, które ja uwielbiam i jak zacznę czytać jeden, to wpadam w ciąg i przestaję dopiero wtedy kiedy zaczyna mi się już wszystko mieszać:-)

Anegdot jest wiele, Andrzej Drawicz wspomina, jak ukradł jednemu znanemu złodziejowi  książek trzy cenne tomy książek i nie zamierza oddać, potem z wypowiedzi Jacka Kuronia dowiadujemy się, że tym złodziejem jest Adam Michnik, który wylansował swoistą modę na kradzieże. A. Drawicz jak sam przyznaje, kiedy widzi u kogoś swoją książkę z dedykacją i wyraźnie nikt do niej nie zagląda, zabiera ją, wydziera dedykację i daje komuś innemu. Dedykacjeę to w ogóle osobny temat. Bardzo ważne są one w domowej bibliotece Julii Hartwig i Artura Międzyrzeckiego. To jedyne książki, z którymi nie potrafią się rozstać. 

Większość z rozmówców przyznaje, że nie są bibliofilami. Kupują książki, bo je potrzebują do pracy i po prostu je lubią. Nie mają jednak żyłki zbieracza białych kruków, jak w przypadku ostatniego rozmówcy Czesława Apiecionka, który zbiera cenne wydania.

Takie opowieści mogłabym mnożyć, nie chcę Wam jednak zabierać przyjemności z czytania. Wspaniała lektura, która wpędziła mnie w kompleksy, ale też usprawiedliwiła, że zbieractwo książek to nie jest zły nałóg:-) Nie napisałam typowej recenzji, bo ciężko jest dla wywiadów przyjąć taką formę, ale myślę, że nie o to tu chodzi. Żal tylko, że pokolenie to już odchodzi, a dziś coraz mniej jest takich bibliotek domowych. Po lekturze mam zamiar jeszcze bardziej systematycznie gromadzić swoje zbiory.

wtorek, 9 lipca 2013

Wiadomości Ziemiańskie

Kiedy zobaczyłam wczoraj w skrzynce dużą białą kopertę, wiedziałam, że w środku jest najnowszy numer Wiadomości Ziemiańskich, a w nim mój artykuł o rodzinie Potockich z Olszy:-)) Jak wiecie, interesuje się polskim ziemiaństwem, temu zagadnieniu poświęcona jest też moja praca doktorska, tym bardziej cieszą mnie takie publikacje:-) Tutaj pokazywałam Wam zdjęcia dworku. Jeśli interesuje Was ta tematyka, to zachęcam do lektury Wiadomości Ziemiańskich. Jest to kwartalnik wydawany przez Polskie Towarzystwo Ziemiańskie i porusza szeroko pojętą tematykę ziemiańską. 




Obecnie pracuję nad kolejnym artykułem do tego pisma. 

W następnym poście zaproszę Was do Rosji...


Pozdrawiam!

sobota, 22 czerwca 2013

Limeryki zbrodni wędrują do....

Dziękuję za wszelkie propozycje interesujących kryminałów! Wszystkie tytuły zapisałam, a jeden już pojawił się na naszym Kindlu i jest czytany przez mojego męża:-) 

Osobą, którą dostanie ode mnie książkę Limeryki zbrodni jest Edyta z Kubkiem Kawy:-) Gratuluję i poproszę o kontakt na mój adres mailowy.


Pozdrawiam Was serdecznie!

p.s. nowa recenzja już wkrótce:-)

czwartek, 13 czerwca 2013

Morderstwo z Brugią i Krakowem w tle...

Kiedy usłyszałam, że akcja książki Limeryki zbrodni dzieje się w Brugii, a do tego jest to kryminał,  koniecznie chciałam ją przeczytać. Darzę to miasto wielkim sentymentem, byłam tam dwukrotnie i myślę, że jeszcze będę miała okazję. To idealne miejsce na umiejscowienie akcji kryminału. W Brugii pełno jest małych, wąskich uliczek, zakamarków, a jednocześnie monumentalnych budynków sprawiających wrażenie ostoi tajemniczości. Specyficzną atmosferę nadają kanały, dlatego nazywa się ją "belgijską Wenecją". Biorąc książkę do ręki, zamarzyłam, że przeniosę się do Brugii, bowiem nie ma nic przyjemniejszego nic świadomość, że chodziło się uliczkami, po których chodzą bohaterowie. I niestety się zawiodłam, bo Brugia jest,  owszem, ale jedynie na pierwszych kilkunastu stronach... Ale nie jest to wielkie rozczarowanie, bo następnie akcja przenosi się do Krakowa, i to tego dosyć mrocznego, pełnego tajemniczych knajp i zaułków. Chłoniemy krakowską atmosferę, zagłębiając się w fabułę, która chociaż początkową wydaje się skomplikowana, to jednak z czasem układa się w spójną całość.



Bohaterem książki jest krakowski dziennikarz śledczy, z bogatą przeszłością  - Kornel Rączy. Staje przed rozwiązaniem zagadki zabójstwa starszego mężczyzny, przy którym pozostawiono kartkę z limerykiem. Jednocześnie w Brugii również zostaje zamordowany staruszek polskiego pochodzenia. Okazuje się, że obie zbrodnie mają ze sobą wiele wspólnego. Pojawia się również postać młodej, atrakcyjnej prawniczki z Krakowa, podróżującej do Belgii i przeżywającej tam gorący romans...Wątków jest jeszcze wiele, nie chcę zdradzać szczegółów, bo w recenzji kryminałów jest to najmniej potrzebne. Napiszę jeszcze, że całość kończy się dość zaskakującą puentą, a nawet lekką dawką humoru.



Przyznam szczerze, że to chyba jest mój pierwszy polski kryminał (tak, nie czytałam nic Marka Krajewskiego)...Uwielbiam kryminały, w których widoczne jest szerokie tło społeczne, gdzie dogłębnie wchodzimy w życie bohatera np. śledczego, dlatego na początku miałam pewne obiekcje. Rzeczywiście, moglibyśmy oczekiwać od autora Janusza Mika jeszcze więcej krakowskiej atmosfery, więcej szczegółów z życia dziennikarza, ale to jego kryminalny debiut i warto dać mu kolejną szansę.Książka wciąga i co dla mnie najważniejsze, pokazuje i odzwierciedla klimat Krakowa, gdzie niedawno byłam i świetnie bawiłam się na tamtejszym Kazimierzu.  Autor z niezwykłą łatwością pokazuje jak historia, ta dawna i współczesna może się zazębiać. Tajemnice z przeszłości dają o sobie znać w najmniej oczekiwanym momencie, a polityczna ubecka przeszłość pozostawia ślady.

Mam dla Was niespodziankę, jeśli macie ochotę przeczytać Limeryki Zbrodni, to chętnie podaruję Wam egzemplarz powieści. Chciałabym, abyście w komentarzu polecili mi swoją ulubioną książkę z tego gatunku. Czekam do 22 czerwca, kiedy to ogłoszę do kogo poleci książka. 
------------
Janusz Mika
Limeryki zbrodni
wyd. Editio

piątek, 31 maja 2013

Opętanie



Wiele słyszałam o książce Opętanie autorstwa A.S. Byatt, aż w końcu postanowiłam zakupić. Nagroda Bookera to już wystarczająca rekomendacja. Gdybym zobaczyła w księgarni okładkę, uznałabym tę książkę za zwykłe romansidło i pewnie pominęła. Na szczęście blogi są wielką wskazówką w doborze lektur.

Każdy z badaczy, który zajmuje się odkrywaniem przeszłości, czy to historycznej czy literackiej natrafiając na zupełnie nowy wątek czuje pewne podekscytowanie i emocje. Raz udało mi się natrafić w archiwum na coś, co wywołało takie właśnie uczucie. Pamiętam swoje zadowolenie w tej chwili:-)

Takiego odkrycia dokonuje Roland Mitchell, który zajmuje się badaniem twórczości Rolanda Henre'ego Asha - angielskiego poety z XIX wieku. W Bibliotece Londyńskiej natrafia na list do nieznajomej kobiety, choć poeta uchodził za nudnego małżonka. Po odkryciu, że jest nią Christabel La Motte, mało znana poetka, która przez badaczy uznana jest za przewodniczkę feministek i lesbijek. Wraz z Maud Bailey, która zajmuje się twórczością La Motte postanawiają rozwikłać zagadkę tajemniczych listów. Z wielką przyjemnością czytałam jak prowadzą badania, jak odkrywają kolejne wątki, odbywają literackie podróże śladem poety i dochodzą do zaskakujących odkryć, których jednak nie będę zdradzać. W pewnym momencie akcja zaczyna toczyć się dwutorowo, przenosi się w świat poetki i poety. Czytamy ich listy, a nawet utwory. Jesteśmy  w XIX wieku i  odkrywamy tajemnicę razem z Rolandem i Maud, będąc jednocześnie świadkami ich skomplikowanej relacji. Dodam jeszcze, że w powieści jest jeszcze dwóch naukowców interesujących się Ash'em i zaczyna się swoisty wyścig, kto pierwszy dokona odkrycia tajemnicy przed światem.

Wielkim smaczkiem powieści są literackie aluzje, które spotykamy na każdej stronie. Autorka musi mieć niesamowitą wiedzę, a ja zostałam wpędzona w kompleksy! Nazwisk, tytułów i odwołań mamy całe mnóstwo. To naprawdę uczta intelektualna, choć wymagająca. Nie jest to książka łatwa. Autorce udało się połączyć wciągające czytadło z wielką erudycją i niełatwym zadaniem dla czytelnika. Myślę nawet, że w pewnym momencie możemy poczuć się znużeni wywodami filozoficznymi, których nie brakuje w listach pary, ale bez nich książka byłaby o wiele uboższa. 

Podsumowując, to wielkie dzieło, choć niełatwe i wiele wymagające od czytelnika. 

niedziela, 19 maja 2013

Własny ekslibris

Witajcie,

Długo nic nie pisałam w Literackim Zakątku, co nie znaczy, że nie czytam. Wręcz odwrotnie, ale czasu na recenzje brak. Teraz jednak obiecuję poprawę:-) Przede wszystkim wszystko co napisałam w poprzednim poście na temat Jeżycjady powinnam wykasować! Drodzy Czytelnicy - uwielbiam Borejków! Ponieważ musiałam przeczytać do pracy kolejne części, dałam tej serii drugą szansę i naprawdę chyba teraz zaczynać doceniać i rozumieć ten fenomen. Z wielką przyjemnością przeczytałam Wasze komentarze i wspomnienia pod poprzednim postem. Żałuje teraz, że moje czytelnicze dorastanie minęło bez kolejnych części Jeżycjady:-( Wiem też w czym był problem. Najmniej ciekawa wydaje mi się nadal Szósta klepka i po niej zniechęcałam się do kolejnych. Teraz przeczytałam 5 części i mam zamiar kolejne, już dla samej siebie.
Ale dziś o nie o tym miało być. 



Ten post miałam w głowie już od dawna, ciągle jednak coś mi przeszkadzało. Ostatnio jednak w porannej audycji w radiowej Trójce poruszono temat ekslibrisów. Czy dziś jeszcze takie oznaczanie książek funkcjonuje? Kiedyś każdy bibliofil posiadał swój własny ekslibris. Wielkie rody szlacheckie posiadające domowe biblioteki miały swoje znaki własnościowe, najczęściej były to herby rodowe wplecione w motywy roślinne. Biblioteka pałacowa, którą zajmuję się w ramach swojej pracy doktorskiej również posiadała ekslibris, zachowany do dziś, co mam nadzieję, pomoże mi zlokalizować cześć zbiorów.  Najstarsze ekslibrisy pochodzą już z XIV wieku, najczęściej występowały w formie małych karteczek wklejanych w książkę lub w formie pieczęci. Są one wyrazem dbałości o księgozbiór i szacunku wobec książek. Ma on za zadanie ochronić księgozbiór przed  kradzieżą i zagubieniem, a także zmotywować do terminowego zwrotu pożyczonej książki.

Do swojego, gromadzonego powoli księgozbioru staram się podchodzić bardzo poważnie. Dbam o nie, staram się aby były sensownie ułożone, kiedyś miałam w planie je nawet skatalogować. Mam znajomego, który ma w domu ułożony księgozbiór według UKD:-) Zdarza się, że pożyczam książki, które do mnie nie wracają, co jest dla mnie bolesną stratą, bo do swoich książek się przywiązuje. Dlatego też posiadanie własnego ekslibrisu było dla mnie bardzo ważne. Wraz założeniem Literackiego Zakątka powstał mój ekslibris. Jak zwykle mogłam liczyć na Karolinę, która go dla mnie zaprojektowała. Zdecydowałam się na formę pieczątki i teraz każda nowa książka ma swoje oznaczenie, a jednocześnie na bieżąco stempluje resztę. 


Ekslibris jest bezpośrednio związany z blogiem, posiada również moje inicjały. Jest prosty w formie. 


Pieczątka koniecznie miała być drewniana:-) Ale oczywiście można wybrać sobie bardziej ozdobne stemple. Polecam firmę MAX , gdzie ja zamówiłam swoją pieczątkę. 


Według tego co można było usłyszeć w Trójkowej audycji dziś mało osób decyduje się na własne ekslibrisy.  Myślę, że to dlatego, że w ogóle mało osób zbiera i tworzy własne księgozbiory. Ja Was zachęcam do takiej dbałości o książki, będzie to namacalna pamiątka dla potomnych, a tym samym zgromadzony przez nas księgozbiór nie będzie zapomniany. 


Pozdrawiam!

środa, 20 marca 2013

Kolejne podejście do...


A do czego? Do Jeżycjady Małgorzaty Musierowicz. Pamiętam te czasy, kiedy moje rówieśnice szalały za tą serią. Już wtedy próbowałam, ale nie poczułam niestety tej miłości...Zdecydowanie bardziej uwielbiałam  Anię z Zielonego Wzgórza, której kolejne części czytałam całe wieczory z wypiekami na twarzy. Lata mijały, a mnie zdecydowanie ominęło szaleństwo związane z Jeżycjadą. Kiedy wyrosłam z Ani, zaczęłam czytać np. Sołżenicyna lub dosyć ciężką literaturę skandynawską na przemian z thillerami prawniczymi Grishama i medycznymi Cooka. Przeskok znaczny i do dziś moje ówczesne wybory pozostają dla mnie tajemnicą, choć nadal czytam takie książki. Na studiach filologicznych moje koleżanki czytały  Musierowicz, albo Danielle Steal(!). A mnie kolejny raz obie te przyjemności ominęły. Nigdy nie potrafiłam zrozumieć fenomenu Jeżycjady.  Teraz przyszło mi się zmierzyć z nią kolejny raz. Tym razem ze względów zawodowych i organizowanego w mojej szkole wyzwania czytelniczego dla uczniów. W zestawie proponowanych lektur jest między innymi Szósta klepka i Kłamczucha, itd. Moim zadaniem jest ułożenie pytań do treści. Byłam bardzo ciekawa swoich wrażeń. Skończyłam wczoraj pierwszą wymienioną książkę i odczucia w zasadzie takie same jak 15 lat temu. Nie mam absolutnie nic przeciwko, nie uważam ich za kiepską literaturę, dla mnie jednak jest zbyt dużo dialogów, często chaotycznych, a bohaterowie nie przypominają statystycznej rodziny (nawet na tamte czasy). Naprawdę próbowałam, ale nic z tego. Zajrzałam  na różne fora czytelnicze i przeważają głosy typu: "moja ukochana seria, kiedy byłam nastolatką", "wracam do Jeżycjady bardzo często", "uwielbiam". itd. Jestem ciekawa jak to było z Wami Drodzy Czytelniczy?Czy uwielbialiście książki Małgorzaty Musierowicz? Akcja organizowana w mojej szkole jest pewnym eksperymentem. Celowo wybrałam do niej książki sprzed lat, nie znajdziemy na liście nowości wydawniczych, nie ma żadnych wampirów...za to są kolejne części Ani z Zielonego Wzgórza, wspomnianej już Jeżycjady, przygód Tomka Alfreda Szklarskiego, czy choćby Wyspę Skarbów. Chciałabym pokazać dzieciom, że taka literatura również istnieje i była czytana przez ich rodziców. Jestem bardzo ciekawa zdania współczesnych czytelników na ich temat:-) Pewnie będzie o tym osobna notka na blogu. Przede mną leży Kłamczucha...zobaczymy:-)


A tymczasem dla prawdziwej przyjemności czytam w domu, pod kocem i w pełnym skupieniu, inaczej tej książki nie da się czytać: Wyznaję - Nie zabieram jej nawet ze sobą do pociągu. Wymaga bowiem ona oddania się w zupełności tylko czytaniu, a uciekająca myśl powoduje, że muszę czytać raz jeszcze. Cieszy mnie ta lektura, nie tylko ze  względu na treść, ale właśnie  za to jak należy ją czytać, ale o tym innym razem...

środa, 13 marca 2013

Kierunek e-książka. Stare po nowemu?

Notkę na temat książki elektronicznej miałam w planach już od dawna. Czekające w kolejce recenzje ciągle mi to utrudniały. Teraz jednak przyszedł na to idealny moment, bowiem parę dni temu miałam przyjemność być gościem konferencji zorganizowanej przy współpracy Wydawnictwa i Biblioteki Uniwersytetu Łódzkiego. Kierunek e-książka. Stare po nowemu. to cykliczne już spotkanie poświęcone coraz popularniejszym w dzisiejszych czasach e-bookom. A ponieważ należę do fanów takiego czytania, to cieszę się, że mogłam posłuchać specjalistów, a i sama powiedzieć parę słów, na które widownia od czasu do czasu reagowała śmiechem. (Ciągle się zastanawiam czy mówiłam dowcipnie, czy po prostu śmiesznie?:-)

Samo zaproszenie było dla mnie ogromną niespodzianką i nobilitacją, bowiem Literacki Zakątek dopiero raczkuje w blogowym świecie, a już miał szansę wypłynąć na szerokie wody. Dziękuję Pani Lilianie za zaproszenie, Panu Łukaszowi za zrozumienie i cierpliwość i cieszę się, że mogłam poznać osobiście weterankę blogów książkowych Mandżurę, która prowadzi świetny blog Herbatniki

Wszystkich zainteresowanych odsyłam do krótkiego artykułu, gdzie przytoczono w skrócie moją wypowiedź oraz na facebookow'y profil Biblioteki Uniwersyteckiej. 

Moje przywiązanie do czytnika Kindle i książki elektronicznej zadziwia mnie samą. Jeszcze całkiem niedawno było zupełnie inaczej. Zawsze bowiem byłam osobą, która chciała mieć w domu mnóstwo książek i choć jeden pokój przeznaczony wyłącznie na księgozbiór. Jako dziecko, potem jako nastolatka zbierałam swoje pierwsze lektury, który zajmowały regały w moim domu. Pamiętam jak moja mama kupiła mi pod choinkę buty, byłam wręcz oburzona i mama zmuszona była wymienić buty na serię książek o Ani z Zielonego Wzgórza, którą mam do dziś. Czas studiów, mieszkanie w akademiku, kolejne wynajmowane mieszkania utrudniły mi zbieranie księgozbioru i był to czas kiedy najintensywniej korzystałam z biblioteki. Z chwilą przeprowadzki do własnego mieszkania już nie walczyłam z pokusą i pierwsze pozycje zaczęły pojawiać się bardzo szybko. Doskonałym pomysłem było poproszenie naszych gości weselnych o książkę zamiast kwiatów. Tym samym moja biblioteczka jednego dnia zapełniła się  o około 50 wybranych przeze mnie pozycji. Od tego czasu mój osobisty księgozbiór systematycznie się powiększa, a ja kupuję coraz więcej książek. Nie wiem co się stało, ale biblioteki omijam szerokim łukiem. Zapas nieprzeczytanych  książek jest tak duży, że spokojnie czytam własne egzemplarze, a pod wpływem czytanych recenzji blogowych ich ilość powiększa się znacznie:-) Jedyne co się nie powiększa, to niestety miejsce na półce...Według moich całkiem szacunkowych obliczeń sprzed dwóch lat, miałam prawie pół tysiąca książek, myślę, że teraz ta liczba sporo się powiększyła. Na razie co prawda miejsce jeszcze jest, ale już myślę co będzie jak go braknie i tu na horyzoncie pojawia się mój ukochany czytnik Kindle:-) Mój a może Artura?:-) Nie będę powielać historii, bo o tym możecie przeczytać w artykule w Gazecie, ale prawda jest taka, że całkiem nieźle udaje mi się połączyć pasję posiadania własnego księgozbioru ze zdrowym rozsądkiem i wizją braku miejsca na półkach za jakiś czas.

tumblr_ltguqmeDhY1r3jo9ho4_1280 


Myślę, że bardzo duże znaczenie ma rodzaj czytnika elektronicznej książki. Nie wyobrażam sobie czytać książki w formacie PDF na monitorze komputera, nie wyobrażam sobie na komórce, pewnie ciut lepiej jest na tablecie. Za to czytnik z prawdziwego zdarzenia powoduje, że różnica między książką papierową a elektroniczną zaciera się. Ja posiadam Kindle'a i jestem naprawdę bardzo zadowolona.

Plusy, które ja zauważyłam:

- Możliwość kupienia książki w każdej chwili, gdziekolwiek jesteśmy (pod warunkiem dostępu do Internetu).
Pamiętam jak zapragnęłam w sobotni wieczór przeczytać konkretną książkę  i w ciągu paru minut już była na moim czytniku.

- Kindle jest lekki, wygodny w trzymaniu i obsłudze, a tym samym świetny w podróży. Nie musimy pakować ciężkich książek do walizki, martwić się nadbagażem na lotnisku itd. Podobnie świetnie sprawdza się w komunikacji miejskiej, gdzie zajęcie miejsca siedzącego graniczy z cudem, a trzymanie cegły w dłoniach nie jest zbyt wygodne.

- Niesamowita pojemność. Tutaj ograniczenia półkowe nie istnieją. Kindle pomieści tysiące książek...

 -Punkt, który jest dla mnie bardzo istotny, Kindle nie męczy wzroku. Sprawdziłam czytając po kilka godzin dziennie. Ma specjalny ekran, zupełnie inny od wyświetlaczy komputera czy telefonu. Aby czytać potrzebujemy światła dziennego lub lampki, czyli identycznie jak książka papierowa. Najnowsze czytniki mają już podświetlane ekrany, nie chcę się jednak wypowiadać na ich temat, bo nie korzystałam. 

- Czytnik Kindle'a ma wbudowany słownik, możliwość tworzenia notatek, zaznaczania cytatów, co niezwykle pomaga, jeśli czytamy na nim książki potrzebne nam do pracy lub nauki.

- Możliwość powiększenia czcionki. Jako osoba z wadą wzroku zwracam na to dużą uwagę.

- Cena - ebooki są tańsze niż papierowe książki. Poza tym można kupować bezpośrednio w Amazonie, wtedy cena jest jeszcze mniejsza.

- Dostęp do darmowych książek. Mogę polecić takie strony jak: Projekt Gutenberg, Wolne Lektury, Otwórz Książkę, itd.

Właściwie same zalety, a wady? To chyba jedynie brak książki na półce, co dla  prawdziwego bibliofila jest wielką przeszkodą:-)


Dla mnie najistotniejszy jest fakt, że posiadanie Kindle'a  nie zmniejszyło ilości kupowanych przeze mnie książek,a jedynie spowodowało selekcję co warto kupić w wydaniu papierowym,a co w elektronicznym.I tak na Kindle'a trafiają  najczęściej kryminały, bowiem raczej już do nich nie wrócę. Nadal cenię sobie ładne wydania i dlatego wszelkie albumy czy książki okraszone zdjęciami, rysunkami kupuję zawsze w wersji papierowej. 

Sceptyków książki elektronicznej jest wielu, dyskusje w świecie blogowym toczą się od lat. Na konferencji próbowano odpowiedzieć na pytanie czy e-booki wyprą książki papierowe. Ja byłam zdania, że nie. Inni uczestnicy twierdzili, że jak najbardziej, podając przykład prasy papierowej, która coraz częściej zastępowana jest przez wydania elektroniczne. Tak sobie jednak myślę, że dla prawdziwego bibliofila posiadanie własnej  fizycznej biblioteki jest niezbędne do życia. Świetnie opisała to Padma w notce Własna biblioteka. Swoją wypowiedź konferencyjną zakończyłam zdaniem: Ważne, żeby czytać, nieważne jak. W świetle ostatnich badań Biblioteki Narodowej (przypomnę  - 61% społeczeństwa nie przeczytało w ostatnim roku żadnej książki), to czy to jest ebook czy kodeks nie ma żadnego znaczenia.

wtorek, 5 marca 2013

Z miłości do książek

Pierwszą wizytę w czyimś domu zaczynają od przejrzenia księgozbioru. Jeśli nie mają przed oczami książki czy gazety, kompulsywnie czytają szyldy albo napisy na etykietkach. Lubią się grzebać nie tylko w dziełach znanych i popularnych, ale i w tomikach grafomanów, w prospektach reklamowych sprzed stu lat i w innych szpargałach. Książki - ich pisanie, czytanie, pożyczania, zbieranie, opowiadanie o nich, cytowanie ich, składowanie i tym podobne - stanowią istotną cześć ich życia. 



Czytając te słowa na odwrocie najnowszej książki Jacka Dehnela Młodszy księgowy, pomyślałam - przecież to o mnie! Mam tę przypadłość już od wielu lat. Wchodząc do kogoś, zawsze pobieżnie rzucam wzrokiem na księgozbiór (pod warunkiem,że takowy się w ogóle znajduje, co nie jest już teraz takie oczywiste). Jeśli jest to ktoś bardziej zaprzyjaźniony, pozwalam sobie na bliższe i dokładniejsze obejrzenie zgromadzonych książek. Podróżując codziennie pociągiem, w sumie około 50 minut zawsze ten czas przeznaczam na czytanie. Jeśli zdarzy się, że nie mam książki pod ręką, to czytam wtedy swoje notatki w kalendarzu, bilet, podglądam co czyta sąsiad, lub w skrajnej wersji jak czytającego sąsiada brak - wszelakie ogłoszenia, jakie mam w zasięgu wzroku. Czytam w kolejce do lekarza, w tramwaju, w przerwie między zajęciami itd. Mam takie poczucie, że jeśli nie czytam, to marnuję czas. Chodzi mi oczywiście o sytuację, kiedy nie muszę robić czegoś innego. Ostatnio lubię nawet czytać książki o książkach:-) 

Dlatego książka Jacka Dehnela - Młodszy księgowy zaintrygowała mnie od pierwszych słów. To zbiór krótkich felietonów przydzielonych do następujących ksiąg: Księga pisania, Księga podopiecznych kopniętej muzy, Księga szpargałów, Księga Starych mistrzów, Księga Języków, Księga czytania, Księga dzieci i młodzieży, Księga rzeczy. Nie będę oczywiście zagłębiać się w treść tych felietonów, bo nie ma to najmniejszego sensu, ale jednym zdaniem można określić, że jest to książka o książkach, po prostu.

 Autor to niezaprzeczalnie bibliofil, choć może trafniejszym określeniem byłoby kolekcjoner książek - prawdziwych perełek, wygrzebanych w antykwariatach, czy na aukcjach internetowych. Dzieli się z nami tymi odkryciami i obojętne czy jest to Historia Rózgi czy Racjonale życie płciowe. To drugie wywołało we mnie spore pokłady śmiechu, bowiem książka dotyczy życia płciowego zwierząt, a Dehnel niezwykle umiejętne porównał je z najwybitniejszymi dziełami literatury.

Zresztą uśmiech pojawiał się wielokrotnie podczas czytania Młodszego księgowego. Autor komentuje ze znaną sobie ironią i ciętym humorem wiele kwestii, nie tylko literackich. Zmysł obserwacji ma znakomity i to właśnie stanowi impuls do kolejnych felietonów. Niektóre zapadły mi bardziej w pamięć, inne mniej.
W zeszłą niedzielę gościłam u siebie znajomą, która właśnie wróciła z Jerozolimy. Była razem z koleżanką, która życzyła sobie zdjęcie pod każdą stacją i oczywiście pod Ścianą Płaczu... Parę godzin później czytałam Drugi felieton jerozolimski. Stary poeta i kamień, w którym w niezwykle dowcipny sposób Dehnel wspomina swój wyjazd na Jerozolimskie Targi Książki i opisuje takich właśnie turystów, dla których wymiar religijny jest chyba najmniej ważny...

Tematów  autorowi nie brakuje. Pomaga mu w tym niezwykły zmysł obserwacji. Spotkania z czytelnikami, podróże bliższe i dalsze, przeczytane lektury to wszystko staje się przyczynkiem do głębszych refleksji. Pisze ponadto o regałach bibliofila, o książkach czytanych w trakcie choroby, o literaturze dotyczącej II wojny światowej, o przeprowadzkach (każdy posiadacz ogromnego księgozbioru wie, co oznacza przeprowadzka...). Ponieważ jak sam przyznaje, uwielbia Internet to i on staje się tematem felietonów, przecież tutaj publikuje każdy:-) Wszystko to jednak prowadzi do jednej konkluzji, Jacek Dehnel kocha książki i tym zaraża.

Czytając Młodszego Księgowego pomyślałam sobie, że chciałabym zobaczyć bibliotekę pisarza na żywo. To takie moje małe "zboczenie":-) 


sobota, 23 lutego 2013

Miłość z kamienia. Życie z korespondentem wojennym




Strach o najbliższych towarzyszy mi od dawna. Nie znoszę, kiedy próbuję się dodzwonić, a ten ktoś nie odbiera. Poranne lub bardzo późne telefony zawsze mnie wytrącają z równowagi. Mam tendencję do wyolbrzymiana i wyobrażania sobie, czasem absurdalnych sytuacji. Dlatego tak dobrze rozumiem Panią  Grażynę Jagielską. Doskonale potrafię się wczuć w Jej sytuację i podziwiam, że mimo wszystko dotrwała do dnia dzisiejszego. 

Przeczytałam o książce Miłość z kamienia. Życie z korespondentem wojennym na jednym z portali internetowych i impulsywnie kupiłam. Potem pomyślałam sobie, że to pewnie kolejna wspomnieniowa książka i może jednak trzeba było się wstrzymać z zakupem. Zabrałam ją na zimowy wyjazd w góry i już zawsze będzie mi się kojarzyć z małym pokoikiem na poddaszu i emocjami, które mi towarzyszyły, a było ich niemało.

Grażyna Jagielska jest żoną słynnego korespondenta wojennego Gazety Wyborczej - Wojciecha Jagielskiego, który wziął udział w 53 wojnach na całym świecie. Wielokrotnie bywał w niebezpieczeństwie. Jego żona nie miała z nim kontaktu, drżała wraz z każdym sygnałem telefonu, który mógł przynieść wiadomość o śmierci męża. Ale mąż wracał i cały swój stres bojowy przelewał na żonę, opowiadając  jej o spotkanych ludziach, sytuacjach w których się znalazł. Dzięki temu układał sobie materiał do  książki, systematyzował wrażenia i refleksje. A Pani Grażyna zaczynała żyć bohaterami z opowieści męża. Mijały lata, a ona zupełnie traciła poczucie czasu i doszło do tego, że zapomniała zapisać syna do szkoły. Siedziała w domu  tracąc kontakt z otoczeniem. Wstrząsająca dla mnie była  historia o spotkaniu w sklepie przyjaciółki, z którą nie widziała się od trzech lat, a zupełnie nie zdawała sobie z tego sprawy. W końcu, będąc z dzieckiem w szpitalu, zaniepokojonej pielęgniarce powiedziała, że jej mąż nie żyje, choć w tym czasie był w pracy w Warszawie. Pani Grażyna wylądowała w klinice psychiatrycznej leczącej objawy stresu bojowego. Tutaj poznaje Lucjana, któremu opowiada swoją historię całkiem chłodno i bez emocji. I taka jest ta książka, choć pozornie chłodna, to jednak nie brakuje w niej emocji. 
Zdałam sobie sprawę z faktu, że czyjeś dokonania zawodowe, zauważane, nagradzane mają swoje drugie dno. Pewnie mało kto z nas, czytając książki Pana Wojciecha zastanawiał się nad jego życiem osobistym, rodziną i  że ktoś być może cierpi z powodu jego pracy. Ile jest żon żołnierzy, które czekają na powrót swoich mężów z misji...Każdy dzień jest trudny, a dzwoniący telefon może stać się przekleństwem...

Dawno żadna książka tak mnie nie uderzyła. Odkładałam na chwilę i "trawiłam" to co przeczytałam. Podziwiałam Autorkę, a z drugiej strony starałam się zrozumieć Pana Wojciecha. Czemu wcześniej nie zrezygnował? Praca stała się jego jedyną pasją, przez lata nic innego go nie zainteresowało. Mając pieniądze, nie miał ich na co wydać. W radiowej Trójce można posłuchać wywiadu z obojgiem. Poruszający, tak jak książka. Spokojny głos Pani Grażyny potęguje emocje. Polecam! 

niedziela, 10 lutego 2013

Korona śniegu i krwi- Elżbieta Cherezińska



To, że sięgnęłam po tę powieść, potwierdza fakt, że czytanie blogów książkowych zmienia nasze gusta, przyczynia się do całkiem zaskakujących dla nas samych wyborów czytelniczych! Pewnie gdybym ją zobaczyła na półce w księgarni, odłożyłabym już po samym tytule i okładce. Do tego opis ze szczyptą magii...czyli wszystko to, co mnie do tej pory zniechęcało...A ponieważ autorka mojego ulubionego bloga uznała  "Koronę śniegu i krwi" Elżbiety Cherezińskiej  za książkę roku 2012, musiałam po nią sięgnąć.

To opasłe tomisko - prawie 750 stron może na początku przerażać. Jednak po kilku stronach, cieszymy się, że tyle doskonałej literatury jeszcze przed nami. Tematem jest rozbicie dzielnicowe, chyba jeden z najmniej lubianych przez nas okresów historycznych. Wcale nie ma się co dziwić, trudno połapać się w zawiłych dziejach polskiego tronu. Po przeczytaniu "Korony śniegu i krwi" już nie będziemy mieć takich problemów. Życzyłabym sobie, żeby tak była nauczana historia w szkole:-) Bo czy nie łatwiej zapamiętać imiona królów, daty, żony czy wydarzenia, jeśli wszystko to okraszone jest anegdotami i wspomnianą już wcześniej szczyptą magii?

Głównym bohaterem jest Przemysław II -  to jego życie poznajemy. Kolejne żony, walka o zjednoczenie i wrogowie czyhający na jego życie - to wszystko sprawia, że jest on księciem z krwi i kości i staje się nam bliski. Oprócz niego poznajemy innych Piastów, a i ich sprzymierzeńców, a przede wszystkim wrogów, których najwięcej jest wśród nich samych. Dzięki temu łatwo nam zapamiętać kto jest kim, i żaden Bolesław już nam się nie pomyli. 
Oprócz Piastów mamy też Brandenburczyków i władców Czech - Przemyślidów, ród Zarembów i Jakuba Świnkę. Cały szereg postaci, mających wpływ na naszą historię. Na wspomnienie zasługują także dwie żony Przemysława - Lukardis i księżniczka Rikissa. To ich losy najbardziej mnie wciągnęły:-) 

Elżbieta Cherezińska doskonale poradziła sobie z  nieodkrytymi kartami historii, a tych nie brakuje. Czy Przemysł II maczał ręce w śmierci swojej żony, jakie było pochodzenie Jakuba Świnki? Wszystko to bardzo przekonująco wytłumaczone jest w książce.

A magia - jest!, a jakże! I wcale, a wcale mi nie przeszkadza:-) Pradawne wierzenia, zagadki świata nadprzyrodzonego, kapłani dawnej wiary, Starsza Krew, czy zapach świętej Kingi - to tak subtelne elementy magii, że sami zaczynami w nią wierzyć i wydaje nam się zupełnie oczywiste, że tak było.

Podziwiam autorkę za wkład pracy, który musiała ponieść przy pisaniu. Znajomość historii to jedno, ale ubranie tego w słowa to drugie. Czytać powieść o historii jak powieść sensacyjną? To nie udaje się wielu, dlatego uważam,że to naprawdę godna polecenia lektura.

środa, 6 lutego 2013

Czy pamiętamy o powstaniu?

22.01.2013 obchodziliśmy 150 rocznicę wybuchu powstania styczniowego. 81% Polaków nie zna tej daty...Czasem się zastanawiam, czy nie za dużo wymagamy...mój tegoroczny maturzysta nie wie, kiedy była II wojna światowa. Jestem przerażona! Mimo wszystko wierzę naiwnie, że wszelkie akcje podjęte z okazji rocznicy powstania przyniosą jakiś skutek. Obchody  trwają nadal. Odbywają się konferencje, wernisaże, wykłady, panele dyskusyjne pomiędzy romantykami a racjonalistami itp, które mają za zadanie przypomnieć nam o tej cząstce historii. Na rynku wydawniczym, a szczególnie prasowym można zaobserwować znaczny wzrost liczby tytułów, których tematem jest wspomniane powstanie.

 

Na szczególną uwagę zasługuje Pomocnik Historyczny "Polityki". Na prawie 140 stronach możemy przeczytać o historii powstania, o konsekwencjach, a także o postawach Polaków i zmianach społecznych, które miały miejsce w wyniku walk. Całość okraszona jest licznymi fotografiami, rysunkami, portretami i mapami. Wszystko to sprawia, że z przyjemnością zagłębiami się w historię tamtych wydarzeń, bez sięgania po podręczniki. Autorami tekstów są wybitni polscy historycy, zajmujący się XIX wiekiem, w tym mój promotor prof. dr hab. Jarosław Kita. W Pomocniku przeczytamy między innymi o Romualdzie Traugucie - dyktatorze powstania, Aleksandrze Wielopolskim, o zesłaniach, literaturze, postawach itp. 

W kioskach możemy też spotkać inne tytuły prasowe poświęcone powstaniu, między innymi:


                                            Uważam Rze Historia 



Mówią Wieki

 

Cieszą mnie ogromnie wszelkie podjęte działania popularyzujące ten  czas w historii, mój ulubiony. Liczę na to, że nawet tym którzy nie pałają wielką miłością do historii, podczas wizyty w kiosku czy saloniku prasowym, czasopisma te wpadną w ręce. 

niedziela, 27 stycznia 2013

Z Anglii do Szwecji:-)

Łapię każdą wolną chwilkę na czytanie, a niestety jest ich mało. Na jakiś czas zrezygnowałam z zabierania książek do pociągu, gdzie najczęściej czytam, a zamiast nich towarzyszyły mi notatki z wykładów. Pozostawały krótkie chwile przy porannej kawie i parę stron przed snem, jednak po chwili oczy zamykały mi się same. Nie należę do osób, które funkcjonują w godzinach wieczornych. Zdecydowanie najlepiej myślę o poranku, a godzina 22 oznacza dla mnie już tylko sen. Z tego też powodu w ostatnim czasie przeczytałam zaledwie jedną powieść i jedno opowiadanie. Teraz jednak, kiedy egzamin zdany wracam do czytelniczych chwil:-) A w torbę zabieram ostatnio niesamowitą powieść, po którą jeszcze niedawno pewnie bym nie sięgnęła, gdyby nie czytanie książkowych blogów, co jak widać zmienia nasze gusta czytelnicze.
Zacznę może od powieści, którą miałam ochotę przeczytać jak tylko pojawiła się w księgarniach.Mowa o książce Anne Bronte "Lokatorka Wildfell Hall". Ucieszyłam się kiedy w mojej bibliotece uniwersyteckiej udało mi się ją wypożyczyć. Mam wielką słabość do literatury angielskiej, szczególnie tej z epoki wiktoriańskiej. Jane Austen, siostry Bronte to klasyka, a czytanie nowych, niewydanych dotąd w Polsce powieści cieszy ogromnie. "Lokatorka Wildfell Hall" to powieść o kobiecie, która musiała walczyć o siebie, o swoją godność, spokój i swoje dziecko.



Tajemnicza główna bohaterka zamieszkuje w posiadłości Wildfell Hall, czym wzbudza u okolicznych mieszkańców niemałe zainteresowanie, a nawet sensację. Nie wiadomo kim jest, co się stało z jej mężem, choć żałobny strój wskazuje na bycie wdową. Tradycyjnie pojawia się wątek miłosny, a to doprowadza do poznania pamiętnika Helen. Narracja prowadzona jest początkowo przez Gilberta - czyli młodzieńca zakochanego w Helen, a następnie przez nią samą. Dzięki temu poznajemy dokładnie odczucia głównych bohaterów, ich rozterki i myśli. Akcja dzieje się powoli, co typowe jest dla takich powieści. Poznajemy całą panoramę stosunków społecznych, jakie panowały w tamtych czasach. Widzimy rozpad małżeństwa Helen, temat niezwykle kontrowersyjny i trudny. Pijaństwo, zdrady, kłamstwa...to wszystko musi znosić główna bohaterka. Na szczęście to niezwykle silna kobieta, która potrafiła powiedzieć dość.

Anne Bronte z niezwykłą precyzją pokazała ludzkie charaktery. Młody, porywczy Gilbert to mężczyzna o jakim marzą kobiety, zdecydowany i zakochany do szaleństwa. Helen - twardo stąpająca po ziemi, zamknięta w sobie i niezwykle rozważna kobieta. Do tego wszystkiego mamy jeszcze jej męża - Pana Huntington, drań ale jak dobrze, że autorka umieściła go w powieści. Nie będę Wam zdradzać wszystkich szczegółów, jednak mogę poręczyć, że trudno się od niej oderwać.

Wielką zaletą książki jest jej piękny język, to jedna z tych rzeczy na którą zwracam szczególną uwagę. Kolejny raz powieść angielska z epoki wiktoriańskiej dostarcza mi w tym względzie niezapomnianych wrażeń! Nie jest to moja ulubiona powieść tego typu, pewnie jeszcze długo nic nie przebije "Dziwnych losów Jane Eyre", jednak zdecydowanie warta przeczytania!

Kolejną książką, którą chciałabym zrecenzować to drobinka, którą przeczytałam w Nowy Rok.

Jestem wielką fanką kryminałów, ostatnio tych skandynawskich. Jak wpadnę w trans, to potrafię czytać jeden za drugim  i tak było w przypadku Camili Lackberg. Serię o Erice i Patriku przeczytałam w parę dni. Bardziej wciągnęłam się w wątek prywatny pary głównych bohaterów niż w wątki kryminalne. Lubię takie przyjaźnie. Tym bardziej chętnie poznałabym kolejne losy tej dwójki, a tymczasem autorka zaproponowała nam krótkie opowiadanie, niezmiennie porównywanie do książek Agathy Christie.

Akcja dzieje się na wyspie Valön, na którą zostaje zaproszony przez swoją dziewczynę Martin Mohlin,znany nam komisarz z wspomnianej już serii,  aby z  rodziną zjeść świąteczny obiad. Podczas posiłku umiera senior rodu, a wszystko wskazuje,że zabójca jest wśród domowników. Wyspa zostaje odcięta od świata przez zamieć śnieżną, a Martin musi znaleźć mordercę...

Książka ma wartką akcję, jak usiądziecie do czytania to gwarantuje, że doczytacie do końca. Szybka dynamika powoduje,że czyta się ją bardzo dobrze. Szkoda tylko, że tak szybko się kończy, bo fani wcześniejszych, obszernych kryminałów Lackberg będą czekali na więcej...:-) A ja jako wielbicielka Skandynawii, szczególnie zimą, lubuję w opisach tamtejszej aury...